Blog starego pryka, mającego po dziurki w nosie tego i owego...
Wpisy
Skoro już cały mój dobytek jest od prawie dwóch tygodni w D1, nieliczne wolne chwile poświęcam m.in. nieuchronnym porządkom i próbie połapania się, gdzie co TERAZ jest. Inną nieuchronnością jest też, niestety, pozbywanie się niektórych rzeczy, przechowywanych latami z sentymentu lub zapomnienia, a dziś tyleż bezużytecznych, co i szkodliwych, bo zajmujących cenne miejsce. Dziś przyszła pora na utylizację zawartości niebieskiego worka na śmieci, w którym gromadziłem ileś takich dóbr.
Stare pieczątki, przeterminowane karty płatnicze, jakieś papiery, a w końcu - stare kalendarzyki. Prehistoria. Przełom lat 70-tych i 80-tych. W niektórych były jeszcze moje plany lekcji, a następnie zajęć na studiach. A w środku, w notatkach... Aż wstyd pisać.
No i znależiska. Ot, choćby te dwa:

Oba są dla mnie zagadką. Ten pierwszy przedmiot to najprawdopodobniej płatek jakiegoś kwiatka. Sądząc po tym, jak starannie go przed laty zapakowałem w folię i zamknąłem w niej zszywkami, oraz po tym, że w którymś z minionych lat nosiłem go w kalendarzyku Domu Książki przy sobie, musiał mieć szczególne znaczenie. Amulet? Dowód miłości? Jedno i drugie? No dobrze, ale z kim był związany, kto mi to dał i z jaką intencją?
Nie wiem też, kto w czasach stanu wojennego wbił mi na czystej karcie kalendarzyka te dwie pieczątki. Są dwie podejrzane - bo w tamtych czasach zadawałem się na poważnie z dwiema mniej lub bardziej zaangażowanymi "opozycjonistkami"...
Przed oczami przebiegło mi w trakcie darcia i wyrzucania ileś nazwisk. Większość z nich pamiętam, ale nie wszystkie. Kim, u licha, była Violetta G...ńska? Chyba nigdy już sobie nie przypomnę. Gdzie się podziały A., J., S., H.? Nawet Internet nie pozwala po latach wszystkich odnaleźć, nawet potęga fejsbuków i naszychklas nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania.
Adios, stare kalendarzyki. Dziś ściągnąłem sobie "organizera", w którym spróbuję w komputerze jakoś uporządkować piętrzące się wciąż "todo's". Adios, stare czasy.
Ale jak tu się nie wzruszyć, gdy w przywiezionym z D2 woreczku, zawierającym rękawice robocze, przypadkiem znalazłem ...własny sweterek z okresu niemowlęctwa? Ekspertyza Ślubnej nie pozostawia wątpliwości: lata 60-te, sweterek ewidentnie używany, bo trochę sprany i z wymienionym guzikiem...
Czy którakolwiek z moich pamiątek zostanie kiedyś, gdy mnie zabraknie, zachowana przez jakiegokolwiek reprezentanta młodszych ode mnie pokoleń? Czy też wszystkie ktoś zutylizuje i wyrzuci, jak ja dziś moje stare kalendarzyki?
Chyba wolałbym nie patrzeć kiedyś z chmurek na to, jak ktoś to robi.
Na szczęście (jako wzorcowy agnostyk ;) spodziewam się raczej trafić do piekła. Stamtąd nie będzie widać...
Najczęściej pojawiającym się sfrormułowaniem w tym wpisie będzie "już dawno". Bo już dawno nic nie napisałem, ale nie tylko. Przede wszystkim dlatego, że moja ulubiona wiewióra chyba dość mocno trzymała kciuki: Wielki Restart Baniaka i przeprowadzka wreszcie za mną!
Już dawno nie bywałem tak obolały, zmęczony i niedożywiony, jak przez ostatnie tygodnie. Nic dziwnego - zmontowaliśmy ze Ślubną kilkadziesiąt mebli, wymieniając w "baniaku" niemal wszystko, włącznie z AGD i RTV (sprzęt komputerowy wymieniliśmy wcześniej). Przenieśliśmy tony, wylaliśmy krew i pot (obeszło się bez łez, choć już dawno nie zebrałem tylu niebezpiecznych syknięć od Ślubnej, a ona warknięć ode mnie, ponadto już dawno nie wygenerowałem w ciągu paru tygodni takich hord "panienek", jak ostatnio. No ale jak się nie wk...wić na ostro, jeśli ileś prób zamontowania szuflady nie przynosi rezultatu, bo ktoś nawiercił otwór pod śrubę mocującą o półtora centymetra za blisko, bo instrukcja montażowa jest tak niejasna, że i McGyver by zbaraniał, bo w paczce brakuje a to niezbędnego wkrętu, a to kołka etc.? A na dodatek mój najważniejszy mebel, czyli biurko, przyjechało z lekka obite?

Już dawno, a właściwie: nigdy dotąd, nie widziałem tak upartej, a zarazem tak niezmordowanej kobiety jak Ślubna. Gdy mnie ból (zwłaszcza tzw. krzyża) zwalał z nóg, a powiązane z nim ataki dreszczy wciskały wieczorami pod kołdrę, ona działała dalej, starając się dokończyć dzieła i uprzątnąć efekty naszej kolejnej bitwy z wyrobami przemysłu meblarskiego.
Szczytem osiągnięć Ślubnej była niewątpliwie jej szafa - co prawda tylko dwudrzwiowa i bez lustra, ale za to umieszczona w bardzo małym pokoju z jeszcze mniejszymi, niestandardowymi drzwiami. Gdy ja orzekłem po iluś nieudanych manewrach z korpusem tego ciężkiego monstrum, że "nie ma rady - to tu nie wejdzie, pozostaje utylizacja" - ona uparła się, żeby rozkręcić i wbrew wszelkim zasadom sztuki skręcać od nowa już w miejscu przeznaczenia. I dopięła swego: mebel wpisał się idealnie, na styk, w miejsce między ścianą a meblem sąsiadującym z tego samego zestawu.
Zawsze podziwiałem zdolność Ślubnej do upychania różnych rzeczy w miejscach, które zgodnie z prawami fizyki po prostu nie mają jak ich pomieścić - ale dziś przeszła samą siebie, gdy właściwie bez wysiłku i kombinowania rozlokowała cały mój dobytek w szafach, szafkach i szufladach mojego na nowo urządzonego pokoju tak, że zostało jeszcze sporo miejsca na nowe nabytki.
Muszę przy tym dodać, że już dawno, a właściwie: nigdy dotąd nie miałem tak wspaniale urządzonego pokoju. Co prawda, meble (ściślej: system meblowy) znalazłem i wybrałem sam, ale zdolności Ślubnej do aranżacji wnętrz sprawiły, że jest to niezwykłe połączenie funkcjonalności z estetyką.
O innych pomieszczeniach wspomnę może tyle, że własnym oczom nie wierzę, jak można stosunkowo niewielkim kosztem urządzić się stylowo, wygodnie i nowocześnie. Szczerze mówiąc, meblowe gusta Ślubnej nie są identyczne z moimi, ale to, co wymyśliła i za moim pantoflarskim przyzwoleniem obróciła w czyn, podoba mi się nad wyraz. Moja żona po prostu marnuje się w swoim szlachetnym zawodzie - powinna zająć się kompleksową aranżacją wnętrz. Mielibyśmy jak w puchu.
Muszę też dodać, że już dawno, a właściwie nigdy nie miałem do czynienia z tak sprawną, a przy tym kulturalną ekipą przeprowadzkową jak dziś. Trzech młodych ludzi z firmy znalezionej w internecie i zamówionej mailem pojawiło się punktualnie co do minuty i uwijało tak, że aż furczało. Co mieli spakować i zabezpieczyć, traktowali z niezwykłą starannością, na miejscu uwolnili nas od starych rupieci, a wszystko to za naprawdę niewygórowaną cenę i - co ciekawe - bez choćby jednej "panienki" podczas zmagania się z tonami moich utensyliów.
Do głowy by mi nie przyszło, że tak szybko uporamy się ze stertą kartonów i pakunków, jaka wczesnym popołudniem zagraciła na amen D1. Tymczasem w parę godzin 90 proc. ładunku znalazło się w meblach przeznaczonych do jego przechowywania. Zostało oczywiście parę porcji różnych rzeczy, na które dopiero będziemy musieli poszukać miejsca, ale jak znam Ślubną, stanie się to w trymiga.
Wkurzanie mieszka więc teraz wygodnie, gustownie, nowocześnie i komfortowo, chociaż kompaktowo. Co dalej? Sporo załatwiania: rozliczenie z mantis religiosa, zmiana zameldowania, wyrobienie nowego Ausweisu, poinformowanie pół miliona instytucji, że obywatel Wkurzanie mieszka teraz w D1, nadrobienie koszmarnych zaległości w pracy...
Będzie co robić. Ale już bez dźwigania ciężarów i nie pod presją czasu, lecz spokojnie. Co więcej - w otoczeniu wszystkiego, co Wkurzaniu do życia potrzebne.
I dlatego, Wiewióro, tak całkiem jeszcze tych kciuków nie luzuj, choć trochę już można... :)